środa, 4 marca 2015

Hania

"Chciałam Wam opowiedzieć o swojej chorobie.

Proszę tylko pamiętać, że wszystko to co opowiadam, to są moje własne doświadczenia, moje własne obserwacje i to co u mnie działa wcale nie znaczy, że u każdego innego będzie działało.

Zaczęło to się wiele lat temu.Przez ostatnie 5 czy 6 lat bardzo dużo problemów miałam z bólami kości. Ciągle miałam problemy z układem trawiennym , z żołądkiem, moje jelita nie pracowały tak jak trzeba. Po prostu nie czułam się dobrze, Bez przerwy, to mnie bolało kolano, to mnie stopa bolała. Od ok. połowy 2013 roku miałam bardzo duże bóle między łopatkami i kręgosłupa, i to się tak ciągnęło, aż doszło do takiego momentu, że w grudniu, ból między łopatkami był tak silny, że przeszkadzał mi spać. Nie mogłam spać, brałam środki przeciwbólowe, nic mi nie pomagało. Poszłam do lekarza. Mój lekarz domowy zasugerował żeby zrobić prześwietlenie płuc. Ja poszłam zrobić to prześwietlenie płuc , to na drugi dzień dowiedziałam się, że mam dwa bardzo duże guzy w płucach. Mój lekarz domowy popatrzył się i mówi, że nie wygląda to dobrze, że całkiem możliwe , że to jest rak , ale żeby to stwierdzić to trzeba najpierw wziąć wycinek i tak dalej.
I moja droga się od tego czasu zaczęła. Czyli od połowy grudnia 2013 roku. Wpadłam oczywiście w panikę. Przyszłam do domu, byłam przestraszona, ale miałam cały czas nadzieję, że się okaże, że te guzy na tych płucach nie będą niczym strasznym i na tym to się skończy. One były dosyć duże, jeden miał coś koło 4 cm a drugi był troszkę mniejszy.

Dostałam termin w styczniu na pójście do szpitala, żeby pobrać wycinek tych guzów i stwierdzić czym one są. Pod koniec stycznia pobrano mi ten wycinek i wysłano mnie na tzw PET scan, który robi się osobom chorym na nowotwory. Polega to na tym, że dożylnie podaje się glukozę razem z radioaktywnym środkiem, glukoza rozchodząc się po ciele przyczepia się tam , gdzie są miejsca zapalne. I potem robi się prześwietlenie całego ciała. Najpierw trzeba godzinę leżeć z tą substancją, po godzinie się prześwietla i wtedy się pokazuje czy jest nowotwór czy jakieś tam problemy. Jak wzięto mi ten wycinek, co nie było przyjemne, ja zaczęłam krwawić z ust, nigdy w życiu już bym tego nie zrobiła, i nie zgodziłabym się na to. Bo to trzeba było dosyć grubą igłę przez plecy z tyłu wbijać, żeby dojść do płuc i pobrać te komórki.
Czekałam na wynik, czekałam chyba około tygodnia na te wyniki. Lekarz powiedział mi, że są złe i dobre wiadomości. Zła to jest taka, że to jest rak, że jest nowotwór, ale dobra wiadomość , że to jest taki rodzaj nowotwora, który jest wolno rosnący i bardzo łatwy do wyleczenia. Jedna operacja i będzie po wszystkim i nie mam się czym przejmować i czym martwić. Trochę mi kamień z serca spadł, bo stwierdziłam : no tak , rak jest no ale jak nie jest aż taki najgorszy to jakoś to przeżyjemy. Będzie jedna operacja, wytną guzy w płucach i będzie po wszystkim, będzie koniec całej historii.

W międzyczasie w lutym przyszły wyniki tego PETscan, który pokazuje resztę ciała  i się okazało, że operacja niestety nie wchodzi w grę, ponieważ nie tylko w płucach jest ten rak, ale rozsiał się po wszystkich kościach, po całym szkielecie, właściwie cały kręgosłup, żebra, kości biodrowe itd. , że wszystko jest zaatakowane. I dowiedziałam się , że sytuacja nie jest taka wesoła jak była. Wówczas popadłam trochę w panikę, ale bardzo szybko podniosłam się. Stwierdziłam, że nie ma co panikować, jest tak jak jest, w tej chwili tego nie zmienię i muszę zabrać się do szukania informacji.

I zaczęłam czytać na internecie, absolutnie wszystko co jest tylko możliwe. I pierwsze co trafiłam to trafiłam na artykuł w gazecie, który opisywał dwa przypadki raka, który miały dwie sławne osoby.
Jedna to był Steve Jobs, który jest znanym komputerowcem, założycielem firmy Apple, i on właśnie miał taką samą chorobę jak moja. Okazuje się, że się nie poddał leczeniu i żył 24 lata razem z tym nowotworem.
A druga historia była aktora Patricka Swayze, który również miał taką samą chorobę i on przeżył niestety tylko ok. 9-ciu miesięcy ponieważ leczył się, więc dla mnie decyzja była w tym momencie łatwa.

W szpitalu zrobiono mi więcej testów i prześwietleń. Okazało się , że w mózgu mam 4,5 cm raka, okazało się, że w trzustce mam 4 guzy bardzo duże ponieważ miałam znowu wycinek pobrany z tej trzustki i również potwierdziło to komórki rakowe. Więc miałam 2 razy robione wycinki , raz z płuc a raz z trzustki. Wtedy leżałam w szpitalu i okazało się , że moja sytuacja jest beznadziejna, albo i gorzej niż beznadziejna.
Zaczęłam szukać rozwiązań, i zaczęłam studiować, bardzo intensywnie zaczęłam studiować, ponieważ w międzyczasie chodziłam do kliniki onkologicznej w szpitalu państwowym i widziałam 3 onkologów, i każdy z nich miał inną teorię. Jeden z nich twierdził, że mój rak jest bardzo agresywny, szczególnie ten w płucach i że jak nie poddam się chemioterapii to w ciągu miesiąca rozniesie się po całym ciele, co doprowadziło mnie do absolutnej paniki.
Ale po tym jak zaczęłam studiować i stwierdziłam, że jeżeli Patrick Swayze poddał się leczeniu i przeżył niecały rok, Steve Jobs nie poddał się leczeniu i z tą samą chorobą żył 24 lata, więc dla mnie wybór był oczywisty. Że nie poddam się żadnej chemioterapii, żadnej radiacji. Miałam nadzieję, że operacja będzie możliwa, się okazało, że nie. Potem moja córka powiedziała, że to był dar od Boga, że nie  musiałam robić operacji. Żadna operacja nie jest dla organizmu łatwa osłabia organizm.

Później okazało się, że ten rak był absolutnie wszędzie, rozniesiony po całym organizmie. Na koniec mi onkolog powiedział, że to jest tak jak pożar, cały dom płonie. I co z tego , że my z wiadrem pójdziemy i będziemy kanapę czy jeden pokój gasić, jak wszystko w płomieniach jest. W tej chwili jedyne leczenie to natychmiast leczyć tego guza mózgu i jedyne leczenie to jest promieniowanie czyli radiacja. Ja się pytam jakie skutki tego będą, jak to będzie wyglądało. On powiedział, że będę musiała brać zastrzyki z kortyzonu, co zrobi mnie bardzo otyłą, będę miała siny kolor, permanentnie wyłysieję, że włosy tam gdzie będzie radiacja już nigdy nie wrócą., iże będę całkiem łysa. I to mnie absolutnie przestraszyło. Jak zaczęłam szukać na internecie wszystkich danych, jakie są wyniki tego rodzaju leczenia i doszłam do wniosku, że  nie poddam się radiacji .

Wówczas znalazłam bardzo wiele materiałów na temat marihuany i szczególnie raka mózgu. Z tych wszystkich informacji jakie wyczytałam wynikało, że marihuana działa zupełnie dobrze na właśnie tego rodzaju rzeczy, które są w mózgu. Postanowiłam poddać się leczeniu marihuaną. To była moja decyzja.

Odmówiłam radioterapii, odmówiłam chemioterapii, ponieważ żaden z tych onkologów nie był pewien, czy to będzie pomagać. Na jednej z wizyt Janusz (mąż) zapytał się lekarza czy poddałby się sam takiemu leczeniu, jego zatkało. Nie potrafił nam odpowiedzieć, siedział długo i mówi w końcu :, ze tego rodzaju pytań nie zadaje się lekarzowi. A Janusz mówi , dlaczego?, w końcu tu chodzi o nasze życie, to jest proste pytanie,czy ty, gdybyś był w takiej samej sytuacji czy byś poddał się chemioterapii i radiacji? Nie chciał odpowiedzieć , ale po krótkiej chwili myślenia popatrzył się i powiedział : ja bym się nie poddał , na pewno ale gdyby to chodziło o moją rodzinę, moją żonę czy moje córki, to na pewno bym to zrobił, to bym je do tego namawiał.
Tak, że to nam dało do myślenia.
Poszłam do swojego lekarza domowego, zapytałam się jego, czy gdyby on był w takiej sytuacji jak ja i miał raka rozprzestrzenionego po całym ciele, czy poddałby się tego rodzaju leczeniu. On mi odpowiedział prosto patrząc mi w oczy, że nie, nie poddałby się,  absolutnie nie. Ja wtedy mu powiedziałam, że ja również taką decyzję podjęłam . Nie poddaję się i będę podróżowała. Mój onkolog powiedział, że nie będę podróżowała , że nie dam rady, że ten g€z w mózgu po prostu mnie zabije w ciągu paru miesięcy a nowotwór w kościach nie pozwoli mi chodzić i nie będę w stanie niebawem chodzić i się poruszać. Co udowodniłam, że jest nieprawdą . Bo pojechałam. Przez cztery miesiące podróżowałam ,co było bardzo przyjemne , ale były też trudniejsze chwile, ale przeżyłam.

Potem pojechałam do Melbourne do kliniki nowotworowej, która się specjalizuje w tego typu nowotworach jak mój i spotkałam się tam z profesorem, który nie wyraził żadnego zdania na temat mojej choroby, jak mu oświadczyłam, że używam marihuany, tylko skierował mnie jeszcze raz na prześwietlenie. I po tym prześwietleniu okazało się, że mój rak mózgu zniknął. Zniknął kompletnie. Powiedział, że mam nie martwić się już o raka mózgu. Natomiast w kościach pozostał i te kości mi bardzo, ale to bardzo dokuczają do dnia dzisiejszego.

Od tego właściwie powinnam zacząć- żadne cuda się ze mną nie stały, nie wyleczyłam się w ciągu chwili, nie uważam jeszcze , że jestem wyleczona. Nic takiego nie było, to wszystko była ciężka praca. Ja bardzo wiele godzin , właściwie setki godzin poświęciłam na to, żeby przestudiować wszystkie możliwe sytuacje w jaki sposób ja mogę sobie pomóc i w jaki sposób mogę się leczyć. Najpierw to była desperacja, nie potrafiłam u siebie w swoim mózgu poukładać.

Aż po paru miesiącach raptem znalazłam spokój, wszystko sobie ułożyłam , wytłumaczyłam,odrzuciłam myśl o chorobie kompletnie, stwierdziłam, że nie ma takiej choroby.
Ktoś z Was mi podesłał film : "Pięć Praw Natury " , gdzie właśnie jest mowa o tym ,że choroby nie istnieją, że istnieją tylko stresy i to są symptomy stresów. Ten film mi ogromnie pomógł w podjęciu takiej decyzji. I w ten sposób szukając różnych informacji , tak się stało jak się stało, tak, że żaden cud ozdrowienia nie przyszedł, tak jak czasami się słyszy, że ludzie się w ciągu tygodnia , czy tam w ciągu paru godzin czy dni się wyleczył. Nic takiego się nie zdarzyło.

To wszystko jest wynikiem ciężkiej pracy, którą ja nad sobą muszę robić.
Zmieniłam sposób jedzenia, sposób myślenia, sposób patrzenia na świat i wiele innych rzeczy.
I o tym Wam będę dokładnie opowiadała w następnych odcinkach.
Ponieważ to jest dosyć emocjonalne dla mnie, może trochę będą krótsze, te odcinki , abym tego zbyt nie przeżywała.

Tak, że tak to wygląda moi drodzy. Ten bardzo łagodny rak się okazał nie takim łagodnym i okazało się, że jest absolutnie wszędzie. Tak, że niestety medycyna tradycyjna nie dała mi żadnej nadziei, a właściwie zabrała mi nadzieję, ponieważ wszyscy jednoznacznie lekarze stwierdzili, że nie mam szansy żyć dłużej niż pół roku bez leczenia, a z leczeniem do 18 miesięcy. Tak mi powiedziano.
W tej chwili będzie niedługo 14 miesięcy :) a ja ciągle jestem i całkiem nieźle się czuję. Dzisiaj się czuję świetnie . Mam dni kiedy się czuję absolutnie super, są dni kiedy się czuję gorzej. Ja Wam dokładnie opowiem jakie ja mam symptomy i jak to wygląda. Dla mnie najgorsze są noce, kiedy idę spać , a bóle kości są bardzo ale to bardzo silne. A w ciągu dnia zupełnie nieźle sobie radzę. "

II część

"Nie mam żadnego medycznego wykształcenia i wszystko to co ja mówię jest oparte tylko i wyłącznie na moich własnych doświadczeniach, przeżyciach. Ja nikomu nic nie radzę. Każdy musi ze swoim problemem sam sobie poradzić. Najlepiej niech szuka rady lekarza. Nawet jeżeli chodzi o marihuanę , warto skonsultować się z kimś profesjonalnym na ten temat, żeby czuć się pewniej. "

"Ja miałam tyle wiary i nadziei w medycynę, że mi pomoże , że nie ma nic takiego czego by lekarz nie mógł rozwiązać. I raptem stanęłam jakby przed murem, wszystko się zapadło. I raptem usłyszałam : nie mamy dla ciebie nic nie możemy ci nic zaoferować oprócz chemioterapii. Ja nie bardzo miałam jakichkolwiek informacji n.t. chemioterapii. "

"Miałam bardzo duże wsparcie swojej córki, która jest pielęgniarką. Ona pracuje z ludźmi chorymi na nowotwory, pracuje szpitalach. Widzi wiele przypadków . Ona była bardzo przeciwna i operacji i radiacji i chemioterapii. Ona ogromnie odmawiała mnie od tego. I zawsze mi mówiła: " mamo, wszystko czego potrzebujesz, żeby być zdrowa to masz w sobie, jesteś silna i dasz radę. W tej chwili twoim największym przyjacielem to jest twoja wątroba, która jest zdrowa i twój system obronny, który masz silny. I musisz je pokochać, dbać o nie i pielęgnować. I to wszystko co musisz robić, a choroba sama przejdzie. "


To była I i fragmenty II części opowieści Hani . Dalsze są na Youtube,  w linkach poniżej:



295.  Historia mojej choroby część I
296.  Historia mojej choroby- marihuana - czesc 2

282.  Jak Hania sie czuje

262. Wyniki mojego leczenia

246. Sok, szarlotka i ciag dalszy nastapi:)

237. Dla zainteresowanych. Informacje o mojej chorobie cz 2
236. Dla zainteresowanych, Informacje o mojej chorobie

228. Jak Hania sie leczy

196. Troche o moim raku!

194. Dostalam diagnoze

wtorek, 3 marca 2015

Irena

Irena - farmaceutka - sama wyleczyła się z raka

"To był jeden z najszczęśliwszych dni w jej życiu. Lekarze przyglądali się  przysadce mózgowej długo i wnikliwie. Nie było na niej nawet śladu guza, którego chcieli wycinać pół roku wcześniej. Gdzie się podział, co z nim się stało?

Ta historia zdarzyła się naprawdę i jest przykładem na to, że tę, wydawałoby się nieuleczalną w wielu przypadkach chorobę, można jednak wyleczyć. Jest ona jednocześnie przykładem na to, jak dużo zależy od nas samych, od wiary, nadziei, charakteru, uporu, konsekwencji i…wiedzy, którą zawsze warto zdobywać. W tym przypadku było tak.
Guz był przerzutem z jelit, w których stwierdzono złośliwy nowotwór dwa lata wcześniej. Tego z jelit lekarze wycięli, a gdy stwierdzili przerzut przy przysadce mózgowej stwierdzili, że „ trzeba dać mu spokój i obserwować.” Pani Irena przez dwa lata jeździła na rezonans magnetyczny i wyglądało na to, że nic złego się nie dzieje. Ale do czasu. W kwietniu ubiegłego roku stało się jednak coś złego. Okazało się, że guz „rozlał się” na skrzyżowanie wzrokowe.Konkretnie na nerw odwodzący lewego oka. Pani Irena cierpiała z tego powodu, bo widziała podwójnie. Lewym okiem mogła spojrzeć w prawo, w lewo już nie. Lekarze w szpitalu zaproponowali jej operację, która oznaczałaby także utratę oka. Ona się na nią nie zgodziła… 
Pani Irena jest z wykształcenia farmaceutą, tak jak jej syn. Ma dużą wiedzę medyczną i przez lata swojej pracy spotykała się przypadkami różnych chorób, w tym nowotworowych. Nie podejrzewała jednak, że sama zachoruje.
- Nie mogliśmy się z mamą zgodzić na operację, tak jak przedtem na chemioterapię i radioterapię. A podeszliśmy do tego w bardzo racjonalny sposób. Przejrzałem dokładne różne informacje na temat temat choroby, która dotknęła mamę i wyszło na to, że chemioterapia w jej przypadku jest skuteczna mniej więcej w dwudziestu procentach, a radioterapia w przedziale od dwóch do pięciu. To nie były dane napawające optymizmem – mówi Rafał, syn pani Ireny.  (Powinno być,  chirurgia  około 20% , radio-  i chemioterapia około 2 do 5% . – Rafał) 
Radykalna zmiana diety
Z najróżniejszych książek, dotyczących  chorób nowotworowych,  a także z historii opisujących skuteczne leczenie, wynikało kilka wniosków, które  matka z synem postanowili wcielić w życie. Po pierwsze należało raka…zagłodzić. W praktyce oznaczało to oczyszczenie organizmu ze szkodliwych toksyn, zbieranych przez ostatnie lata. Zanim jednak pani Irena przystąpiła do głodzenia organizmu postanowiła go „ doładować” witaminami w postaci surowych warzyw i owoców. Chodziło o to, by nie przystępować do głodówki z marszu, bez odpowiedniego przygotowania.
Rafał opowiada o terapii mamy, która składała się z trzech podstawowych działań. Pierwszą z nich była zmiana diety, drugą suplementacja braków witaminowych, trzecią zaś głodówka.
Zmiana diety była radykalna. Oznaczała usunięcie z pożywienia mięsa, mleka i jego przetworów (sery,jogurty, masło), usunięcie tłuszczów innych, niż olej tłoczony na zimno (olej najlepiej lniany), produktów zawierających cukier i węglowodany(pochodne mąki, makarony itp). Ponadto zawierała rezygnację z soli, zastąpioną kurkumą  i innymi przyprawami ziołowymi.
W diecie znalazły się spożywanie w możliwie najbardziej surowej postaci warzyw i owoców ( ok. trzech czwartych części posiłku), a jeśli nie można było czegoś zjeść surowo, to gotowano je na parze. W niewielkich ilościach mama Rafała mogła spożywać kaszę jaglaną, ryż brązowy, fasole czerwoną lub białą, ciecierzycę.  Każdego dnia jadła ćwiartkę ananasa, piła soki ze świeżych owoców i warzyw (marchewka, burak, jabłko, cukinia, kapusta, pomidory i różne warzywa i owoce). Mogła w zależności od ochoty jeść kiszoną kapustę i kiszone ogórki, chleb żytni, suche orzechy. Przez pierwszych 30 dni  nie było mowy o jedzeniu czegoś smażonego, a potem, jak najmniej, jeśli już to smażone na maśle klarowanym. Nie było też mowy o wysoko przetworzonych produktów spożywczych.
      Zmianie diety towarzyszyła suplementacja braków witaminowych. Pani Irena jadła m.in. gorzkie jądra pestek moreli zmielone w młynku od kawy, witaminy a plus e, chrząstkę rekina, orsi krzem w płynie.
 Źródlana woda
- Po trzech tygodniach na diecie przeprowadziliśmy dziesięciodniową głodówkę. Na trzy dni przed jej rozpoczęciem mama spożywała tylko surowe warzywa i soki, a w czasie głodówki piła tylko wodę źródlaną. Teraz wiem, że woda powinna  nie  być zimna, najlepiej lekko podgrzana, żeby nie nabawić się przeziębienia – relacjonuje Rafał.
    Pani Irena wychodziła z głodówki trzy dni. Pierwszy piła sok, świeżo wyciskany, , bo wtedy jest w nim najwięcej witamin i enzymów. Był z buraka i marchewki. Wieczorem na kolację jabłko. Drugiego dnia także sok plus ząbek czosnku, jabłko na śniadanie i kolacje, a na obiad – mała porcja gotowanych warzyw.
   Trzeci dzień to normalnie śniadanie, obiad i kolacja, ale tylko z warzyw i owoców, a do każdego posiłku soki i jedno jabłko ( całe jabłko ze skórką i pestkami – trzeba dobrze przeżuwać żeby pobudzać wydzielanie soku trawiennego, bo głodówka całkowicie wyłączyła układ pokarmowy).
A potem żywiła się dalej stosując taką dietę. Po dwóch miesiącach od rozpoczęcia terapii pani Irena zaczęła ruszać okiem, a kolejnym tygodniu zniknęło podwójne widzenie.
- Po sześciu miesiącach mama pojechała do szczecińskiego szpitala na rezonans. A w miejscu guza tkanka bliznowata. Lekarz opisujący jej stan napisał: „stan po usunięciu chirurgicznym?”. A przecież żadnej operacji nie było!"

Źródło tu: http://nowa-stepnica.x25.pl/2013/02/28/kurier-szczecinski-sama-wyleczyla-sie-z-raka/




Syn opisuje jak leczyła się jego mama Irena  :


"Terapia przeciwnowotworowa.

W związku z artykułem w kurierze dostaję dużo pytań o terapię mojej Mamy. Dlatego poniżej zamieszczam opis całej terapii.
Terapia Mamy wyglądała następująco:
1) zmiana diety
– usunięcie z pożywienia mięsa, mleka i jego przetworów (sery,jogurty, masło).
– usunięcie tłuszczów innych niż olej tłoczony na zimno. (olej najlepiej lniany)
– usunięcie całkowicie produktów zawierających cukier i węglowodany(pochodne mąki, makarony itp).
– usunięcie soli zamiast soli dużo  kurkumy i inne przyprawy ziołowe
– kawa naturalna zastąpiona zbożową
– po pierwszych 30 dniach pozwoliliśmy do kawy zbożowej dodawać mleko sojowe.
– spożywanie w możliwie najbardziej surowej postaci warzyw i owoców powinny one pokrywać co najmniej 3/4 części posiłku , jeśli nie da się czegoś zjeść surowo to gotowane na parze.
– w niewielkich ilościach mogła spożywać kaszę jaglaną ,  ryż brązowy , fasole czerwoną/białą, ciecierzycę
– co najmniej 1/4 świeżego ananasa codziennie.
– do picia soki ze świeżych owoców i warzyw (marchewka, burak, jabłko, cukinia, kapusta, pomidory i różne warzywa i owoce) co najmniej 4 szklanki dziennie.
– można jeść kiszoną kapustę i kiszone ogórki, chleb żytni na zakwasie (nie dużo 1-2 kromki dziennie). orzechy różne (teraz wiem że powinny być namaczane)
– przez pierwsze 30 dni nie jeść nic smażonego a potem jak najmniej jeśli już to smażone na maśle klarowanym.
– nie spożywać żadnych wysoko przetworzonych produktów spożywczych.
– po 30 dniach do diety dołączyliśmy 1 jajko dziennie (jajko ekologiczne!!! – ze wsi, kura biegająca po podwórku z certyfikatem eko u szyi
2) suplementacja braków witaminowych
– 30 gorzkich jąder pestek moreli  dziennie przez 30 dni później 10 pestek  ( mama brała w postaci zmielonej – w młynku do kawy)
– spirulina 2 x1
– witamina a+e 2×1
– chrząstka rekina 2×1
– Orsi krzem w płynie 3 x1
– barley gras 1 łyżeczka dziennie
– alkala T 3×1 przez pierwsze 30 dni
3) głodówka
Po około 3 tygodniach na diecie przeprowadziliśmy głodówkę 10 dni
3 dni przed rozpoczęciem głodówki spożywała tylko surowe warzywa i soki
w czasie głodówki piła tylko wodę źródlaną, teraz wiem że woda powinna  nie  być zimna!, najlepiej pić lekko podgrzaną ( żeby nie nabawić się przeziębienia !! )
wychodziła z głodówki 3 dni:
– pierwszy dzień piła sok (jak piszę sok to zawsze mam na myśli świeżo wyciskany wypity w ciągu 3 godzin od wyciskania bo wtedy jest w nim najwięcej witamin i enzymów później się rozłożą)   z buraka i marchewki i jedno jabłko na kolację
– drugi dzień  sok jak pierwszego dnia plus ząbek czosnku, jabłko na śniadanie i kolacje obiad = mała porcja gotowanych warzyw.
– trzeci dzień normalnie śniadanie obiad kolacja ale tylko z warzyw i owoców do każdego posiłku soki i jedno jabłko (a uwaga jabłko znaczy całe jabłko ze skórką i pestkami – trzeba dobrze przeżuwać żeby pobudzać wydzielanie soku trawiennego bo głodówka całkowicie wyłączyła układ pokarmowy)
Ważne w czasie głodówki mama nie przyjmowała żadnych suplementów i leków, jest to o tyle ważna informacje że mama miała tego guza na przysadce i zaburzona była cała gospodarka hormonalna brała więc hydrokortyzon i euthyrox.
Potem żywiła się dalej stosując powyższą dietę ale przez pierwsze 2 tygodnie po głodówce starała się  utrzymać dietę możliwie bogatą w surowe owoce i warzywa.
Po 2 miesiącach od rozpoczęcia terapii mama zaczęła ruszać okiem minął tydzień i poprawa była całkowita ustąpiło podwójne widzenie spowodowane nieruszającym się okiem.
Po 6 miesiącach Mama pojechała na rezonans … wynik tkanki niejednorodne ale w normie , a w miejscu guza tkanka bliznowata lekarz opisujący napisał ” stan po usunięciu chirurgicznym ?”. A żadnej operacji nie było ! :)))
Mama świetnie się czuje i nadal odżywia się w ten sposób, a ostatnio nawet musiała zmienić okulary z +2,5 na +2,0 co jest moim zdaniem efektem tej diety.
Serdecznie Pozdrawiam"


Żródło tu :http://nowa-stepnica.x25.pl/2013/03/01/terapia-przeciwnowotworowa/




poniedziałek, 2 marca 2015

Jessica

Jessica Richards - Dietą pokonała raka

"Dla tysięcy kobiet z rakiem jajnika chemioterapia jest nieodłączną częścią leczenia. A jednak Jessica Richards zaszokowała najbliższych wieścią, że nie zamierza walczyć z chorobą tradycyjnymi metodami. Dziś apeluje, by każdy chory pozwolił sobie na luksus wyboru.

Jessica nie tylko zrezygnowała z chemioterapii. Nie zgodziła się również na mastektomię i radioterapię zalecone przez onkologa. Ta licząca sobie 55 lat była modelka doszła do wniosku, że nowotwór można pokonać dietą. Mieszkanka angielskiego Bedfordshire zrezygnowała z nabiału, zwiększyła ilość warzyw i codziennie przyjmowała końską dawkę witaminy C. Wystarczyły trzy tygodnie z takim jadłospisem, a okazało się, że guz przestał rosnąć, zaś kolejne badania krwi nie wykazały obecności markerów nowotworowych.

Jessica postanowiła opowiedzieć nam, dlaczego w jej przekonaniu chorzy na raka mogą obejść się bez chemii. - O tym, że faktycznie choruję na raka piersi dowiedziałam się stojąc w kolejce do samolotu, który miał zawieźć mnie z Luton do Edynburga. Był maj 2007 roku. Zastanawiałam się, co ze mną będzie, czułam frustrację z powodu braku informacji na temat mojej choroby. Kiedy się rozłączyłam, zauważyłam, że wszyscy wokół mnie milczą, speszeni, najwyraźniej świadomi, jak ważna była rozmowa, którą właśnie przeprowadziłam.

Wzruszyłam ramionami i wsiadłam do samolotu jak gdyby nigdy nic, choć byłam poirytowana faktem, że nie panuję nad sytuacją. Niedawno przekroczyłam pięćdziesiątkę i zgodnie z zaleceniami tydzień wcześniej poddałam się mammografii, o której wiedziałam, że nie wyszła najlepiej. Pięć lat wcześniej zgłosiłam się do lekarza z powodu guzka w piersi, jednak po jego zbadaniu okazało się, że nie jest złośliwy.

Nic nie jest w stanie przygotować cię na wiadomość, że masz raka, choć z drugiej strony rozważałam taką opcję od dawna. Można powiedzieć, że od jakiegoś czasu lekarze nie mieli dla mnie dobrych wieści. Musiałam przerwać karierę modelki, ponieważ mając zaledwie dwadzieścia kilka lat dowiedziałam się, że choruję na zwyrodnienie stawów. Kilka lat później zachorowałam na zapalenie płuc i choroba doprowadziła do skrajnego wycieńczenia organizmu. Doszłam do siebie, lecz wtedy przyplątała się inna infekcja, która sprawiła, że oślepłam na jedno oko - wtedy jednak sporządziłam własny plan ćwiczeń, które przywróciły mi wzrok.

Onkolog, który zbadał mi piersi poinformował mnie, że mój guz jest duży i żeby się go pozbyć potrzebuję intensywnej i wielomiesięcznej chemioterapii. Uprzedził, że powinnam się przygotować na mastektomię, bądź przynajmniej rozległą lumpektomię, po której będę wymagała rekonstrukcji piersi. Czekało mnie jeszcze usunięcie węzłów chłonnych, radioterapia i pięć lat intensywnej terapii hormonalnej. Doszłam do wniosku, że to dla mnie stanowczo za wiele.

Ostatnią rzeczą, jaka przyszła mi na myśl była terapia opierająca się na wierze - jestem racjonalistką i najważniejsze dla mnie są fakty. Nawet jeśli poszłam niekonwencjonalną ścieżką, chcę zaznaczyć, że każdy swój krok konsultowałam z lekarzami. Doktor Andre Young-Snell, mój lekarz prowadzący, miał już 15-letnie doświadczenie w leczeniu pacjentów z rakiem piersi - od dawna pracował na oddziale onkologicznych londyńskiego St George’s Hospital. Pod swe skrzydła wzięli mnie również Mark Kissin, konsultant ds. raka piersi w Royal Surrey County Hospital i doktor Caroline Hoffman, badaczka w Breast Cancer Haven.

Zgodnie ze wskazówkami Andre zamieniłam swoją, ogólnie rzecz biorąc, zdrową dietę na jadłospis, w którym przeważały dania o odczynie zasadowym, nie kwaśnym. Wykluczyłam cukry pod każdą postacią. Zrezygnowałam z dań mącznych i z większości owoców. Zastąpiłam je zieleniną, ryżem, komosą, siemieniem lnianym. Wykluczyłam pełen sztucznych hormonów nabiał. Codziennie przyjmowałam duże dawki witaminy C, o której mówi się, że stanowi naturalną chemioterapię. Miałam okazję porozmawiać z inną pacjentką leczoną przez Marka i Andre. W 2002 roku wykryto u niej raka, lecz zmiana diety doprowadziła ją do pełnego wyzdrowienia, mimo że nie poddała się tradycyjnemu leczeniu.

Trzy tygodnie później poszłam do znajomego radiologa, który ze zdumieniem stwierdził, że guz zmniejszył się w taki sposób jakbym poddała się właśnie intensywnej chemioterapii. Chociaż lekarz nadal namawiał mnie do tradycyjnej ścieżki leczenia, przyznał, że choroba ustępuje. Dwa miesiące później zgłosiłam się na kolejne analizy medyczne. Wyszły nadzwyczaj dobrze i chociaż wciąż miałam guza, był już o połowę mniejszy i znacznie mniej aktywny. Powoli dochodziłam do zdrowia.

Niestety tuż przed świętami Bożego Narodzenia w 2007 roku moja 74-letnia matka trafiła do szpitala, gdzie dowiedziała się, że choruje na raka otrzewnej. W lutym 2008 roku rozpoczęła inwazyjne leczenie - przeszła operację i chemioterapię - chociaż wiedziała o tym, jak sama poradziłam sobie z nowotworem. Rok później zmarła. Ja tymczasem nadal przyjmowałam duże porcje witaminy C i stosowałam się do antyrakowej diety. Teraz nie biegałam już co chwila do szpitala na kolejne analizy. Zawsze mogłam jednak liczyć na dobre słowo Marka i Andre, którzy byli dla mnie ogromnym wsparciem.

Lekarzy cieszyła moja szybka rekonwalescencja. W lutym tego roku wykonałam badanie krwi, które nie wykazało najmniejszej anomalii. Oznacza to, że nie muszę się badać przez najbliższe 12 miesięcy. Czegóż więcej mogłabym chcieć? Nie zamierzam nikomu sugerować, że tradycyjne leczenie raka jest złe i warto pójść inną ścieżką. Z drugiej strony radzę, by każdy podjął samodzielną decyzję, biorąc pod uwagę wszystkie za i przeciw.

Jadłospis na każdą chorobę

Po raz pierwszy Jesicca postawiła na leczniczą dietę, kiedy przyszło jej się zmagać z chorobą zwyrodnieniową stawów. Zrezygnowała wtedy całkowicie z żywności przetworzonej, a także wyeliminowała potrawy kwaśne - korniszony - pomidory i owoce. - Ponieważ przyjmowane przeze mnie leki nie przynosiły mi praktycznie żadnej ulgi, poszłam za radą przeczytaną w pewnej książce autorstwa lekarza, którego żona zachorowała na to co ja. Doradzał tam dietę ubogą w cukry. Wystarczyło 12 miesięcy, by uzdrowić i zregenerować mój organizm.

Jednak rezygnacja z pewnych dań była ciężkim zadaniem. - Pamiętam, jak bardzo tęskniłam za jabłkami - przyznaje Jessica. - A jednak wystarczyło dosłownie parę godzin z nową dietą, bym poczuła się lepiej. W tym czasie choroba tak bardzo dawała mi się we znaki, że potrzebowałam pomocy nawet przy pójściu do toalety. Aż tu nagle potrafiłam samodzielnie usiąść na łóżku, a potem wstać.

Jessica przyjmowała duże porcje warzyw, olejów i gruboziarnistego pieczywa. Walczyła o wzrok z tym samym zapałem, z jakim wydała walkę zwyrodnieniom stawów. - Moje oko tak bardzo spuchło, że straciłam zdolność widzenia. (…) Zaproponowano mi korekcyjny zabieg chirurgiczny, przy czym zaznaczono, że wynik operacji jest niepewny. Żeby odzyskać wzrok zamykałam się w ciemnym pokoju z zapaloną świeczką i zmuszałam oczy do nieustannego wysiłku. Wystarczył tydzień takiej terapii, a zdolność widzenia częściowo wróciła. Po roku odzyskałam w miarę ostry wzrok."

A tu :  http://www.jessicarichards.co.uk/   jest strona Jessiki


Źrodło tu: http://kobieta.onet.pl/zdrowie/zycie-i-zdrowie/dieta-pokonala-raka/c8hwc

Przeczytajcie  komentarze pod artykułem , też dużo można z nich wywnioskować.