czwartek, 19 marca 2015

Karolina

Blog Karoliny :http://naturologia.com.pl/
FB :https://www.facebook.com/naturologia.blog
moja historia – CZĘŚĆ I

Zawsze mnie dziwiło, dlaczego co druga osoba, która wyleczyła się z nowotworu, wydaje książkę. Nawet, kiedy już mnie zdiagnozowano i przetrwałam pierwszą falę choroby, nie miałam pojęcia dlaczego ludzie o tym piszą. I dla kogo? Kto chciałby o tym czytać? Kiedy wtedy przetrwałam, wydawało mi się to banalne, że się udało. Mówiłam, że mam szczęście w nieszczęściu. Wydawało mi się wtedy, że skoro bez szwanku wyszłam z tamtej sytuacji, to już wszystko, co najgorsze mam za sobą. To było najtrudniejsze, co mnie w życiu spotkało, a poszło tak gładko… Co później miałoby pójść nie tak? Czego nie mogłabym dokonać, skoro udało mi się wyleczyć ze śmiertelnej choroby? Guz miał ponad 10 centymetrów średnicy. Niczym ogromna piłka, która jakiś cudem znalazła się pod moją skórą. Po operacji i usunięciu części mięśnia czworogłowego uda bałam się tylko jednego – niepełnosprawności. Pierwszym pytaniem po przebudzeniu z narkozy i wizycie lekarze było – czy będę mogła biegać? Lekarz subtelnie wykręcił się z udzielenia odpowiedzi na moje pytanie. Nie pamiętam co wtedy czułam. Chyba tak naprawdę nic do mnie nie docierało.

Tak, do wtedy najgorszą rzeczą w moim życiu było podpisanie zgody na ewentualną amputację nogi.
Zawiesiłam całe swoje życie. Ok, już i tak było zawieszone. Przez jakiś czas po prostu dochodziłam do siebie. Skakałam po schodach na jednej nodze. Nie chciałam się czuć chora i nie chciałam czuć się tym bardziej niepełnosprawna albo niezaradna. Z biegiem czasu zaczęłam kuśtykać na chorej nodze. Aż dwa miesiące po operacji zaczęłam biegać. Każdy lekarz złapałby się za głowę, gdybym zapytała go o pozwolenie, ale sama wiedziałam lepiej, chciałam tego i po prostu to zrobiłam. Zaczęłam biegać. Z każdym krokiem czułam napięcie w nodze. To nic dziwnego, noga była nieużywana od kilku tygodni, w środku trwał proces gojenia, poprzecinane kanały i nerwy wylewały różne płyny w miejsce po guzie, wywołując nieprzyjemne pieczenie. Byłam uparta i wytrwała. Wcale nie byłam jakąś zapaloną biegaczką przed. Owszem, lubiłam sobie czasem wieczorem pobiegać i wiedziałam, że to coś dla mnie, ale kiedy otarłam się o możliwość stracenia nogi, nagle ten akt stał się niesamowicie ważny. To jak docenienie zabawki, którą ktoś chciał mi odebrać. Znacie to uczucie, na pewno na setce przykładów.

Biegałam. Po trzech miesiącach zaczęło mi to wychodzić naprawdę dobrze. Przestałam utykać na nogę, wszystko wróciło do swojego normalnego trybu. Wszyscy zapomnieli o mojej chorobie i ja też wymazałam to z pamięci.


moja historia – CZĘŚĆ II

Rok po operacji dalej zafascynowana frajdą jaką sprawia mi aktywność fizyczna, zaczęłam szukać dalej. Trafiłam na trening siłowy. Na początku zaczęło się skromnie. Kilka kilogramów na sztandze, albo przysiady z małymi handelkami. Ale jednak zaczęło się. Zaczęło i pokochałam to całkowicie. Siłownia stała się moim drugim domem. Ćwiczyłam tak dwa lata. Operacja nogi stała się moim atutem. Lubiłam czasem zdradzać koksom z siłowni, że robię przysiady z sześćdziesięciu kilogramową sztangą na karku. To było to. Trening stał się obsesją, codziennie zaczynałam dzień wizytą na siłowni. Czułam się wielka robiąc to, pokonując swoje słabości, pokonując jakieś ograniczenia fizyczne. Nigdy nie sądziłam, że będę potrafiła zrobić szpagat, ale wtedy osiągnięcie tego było czymś wyjątkowym.

Ograniczenia mnie zdeterminowały. Nie, nie patrzyłam czy mi to szkodzi, czy mi tak wolno. Po prostu byłam szczęśliwa. Ba, rzucałam nawet wyznania, że swój ostatni dzień na ziemi spędziłabym na siłowni, katując się treningiem do ostatnich sił. Tak, to był atut, że miałam raka i prawie odcięli mi nogę a potem wychodziłam na salę i używałam, jak to mówią „męskich ciężarów”. To były sukcesy. Ogromne sukcesy. Dziesięć podciągnięć na drążku w jednej serii. Ah, wspominam z zachwytem. To był mój świat, całkiem. Totalnie tym światem pochłonięta zaczęłam sobie szkodzić – dieta bogata w białko, czasem nawet proszkowane suplementy białkowe.

Potrafiłam w ciągu dnia zjeść pół kilograma białka zwierzęcego, przy 50 kilogramów wagi. WAY TO MUCH! Wtedy to nie było ważne. Liczyła się radocha i endorfiny z wykonywanego wysiłku. Nawet mój dyplom licencjacki stał się drugoplanowy. Najważniejsze było, żeby nie odpuścić treningu. Tak, to był dom…


Koniec stycznia.
Atmosfera na uczelni była podgrzana do czerwoności. Perfekcjonizm wcale nie jest zabawny. Stres, stres, stres. SO MUCH STRESS! Musiałam dać z siebie wszystko, nie wiem jaki był w tym cel. Chyba po prostu fakt, że wiem, że muszę działać na 100% swoich możliwości. Własna satysfakcja z dobrze wykonanego zadania – o to chodziło. Oczywiście zawsze da się zrobić coś lepiej. Zaczęły się zawroty głowy, zaczęło mnie kłuć w klatce piersiowej, sparaliżowało mi część twarzy do tego stopnia, że mogłam sobie nawet dotykać gałkę oczną opuszkiem palców. Tak, na wszystko możesz znaleźć sobie wytłumaczenie – paraliż od przewiania rozgrzanej głowy po treningu, skurcze w klatce to nerwobóle ze stresu z uwagi na pracę licencjacką. Taka była moja diagnoza – ta w wersji light. Od razu wiedziałam, że to wcale nie jest takie nic. Mówiłam mamie, że powinnam iść na rezonans głowy, a trenerowi na siłowni powiedziałam, że raczej mam guza mózgu. No i masz! Albo wykrakałam, albo mam dobrą intuicję. Rezonans. 5 minut po już wiem, że jest guz. Moja reakcja? Ja jej nie pamiętam, ale z opowiadań rodziny wiem, że powiedziałam… „OKEJ”. Rozumiecie? „”OKEJ”. Hah.

Na drugi dzień na konsultacji z neurochirurgiem dowiaduję się, że mój nowy stworek wybrał sobie najtrudniejszą lokalizację – kąt mostowo – móżdżkowy, średnica trzy centymetry. Neurochirurg proponuje inną klinikę z uwagi na to, że operację lepiej wykonać na sali operacyjnej wyposażonej w monitoring pracy nerwów czaszkowych. Bardzo dobry neurochirurg, naprawdę. Stwierdził, że jest w stanie się podjąć tej operacji i jeśli mam takie życzenie to może ją wykonać, ale mimo wszystko wysyła nas na konsultację w inne miejsce. Tydzień później jestem już w szpitalu. Badania, badania, badania.

To był dziwny moment, z miejsca, w którym teraz to piszę czuję, jakby ta cała historia przydarzyła się zupełnie innej osobie. Jakbym to nie była ja.


moja historia – CZĘŚĆ III

Skoro miałam „historię onkologiczną” to ważne było, przed poddaniem mnie operacji, wykluczenie możliwych przerzutów. Leżałam w szpitalu tydzień dopóki sztab lekarzy podjął decyzję. I tak, operujemy. Przywykłam do myśli, że zgolą mi część włosów. Przywykłam chyba do wszystkiego. Nie bałam się, albo bałam, ale tego teraz nie pamiętam. Wiedziałam, że nie stanie mi się nic złego. Nie czytałam, nie googlowałam i nie pytałam o to, co może mi się stać. Nie chodzi o to, że było mi wszystko jedno. Po prostu nie chciałam się straszyć i pesymistycznie nastawiać. Wierzyłam w swoje szczęście. I tak bardzo negatywnie wpływała na mnie dziewczyna z mojej sali, która ciągle mówiła, że czarno to wszystko widzi w moim przypadku, że powinnam iść na dół do szpitalnego salonu fryzjerskiego obciąć włosy przed operacją, bo ona po swojej przez tydzień wydrapywała skrzepy krwi a na końcu i tak zadzwoniła po fryzjerkę, która obcięła ją na krótko. Byłam już tak blisko posłuchania jej… Myślami już schodziłam do tego fryzjera. I tak bardzo się cieszę, że tego nie zrobiłam, bo tydzień po wyjściu ze szpitala moje włosy wyglądały tak, jak przed operacją. W ogóle nie było widać, żeby wygolili mi dużą część włosów na głowie. Obeszło się bez chustek, peruk, fryzjera i kapeluszy.

31 marca 2014. 
Operacja. Cała noc na OIOMIE. Faszerowana morfiną i tak pamiętam, że wyłam z bólu – zimna, ciemna, sterylna sala. Przez moment czułam, że to kostnica. Z trudem otwierając powieki widziałam tylko wydzierające się z półmroku jakby aluminiowe, srebrne ściany. Słychać było tylko moje jęki z bólu i dźwięki aparatury rejestrujący mój puls. Pamiętam, że dwa albo trzy razy przyszła pielęgniarka podać mi kolejną dawkę morfiny, a potem odpływałam… Jednak wywieźli mnie stamtąd, to nie kostnica. Zawieźli na kontrolny rezonans i kazali samej, słabej przeczołgać się na łóżko do rezonansu. Pamiętam, że bolało, ale miałam to gdzieś. Sala pooperacyjna. Trzy dni z życia. Najgorsze trzy dni w moim życiu. Naprawdę. Wtedy uświadomiłam sobie, jak potworne musi być życie ludzi, którzy czują się tak codziennie. Koszmar. Nie, ja nigdy nie utożsamiałam się z ludźmi chorymi na raka. Zawsze to było odległe ode mnie, nadal tak jest. Nie czułam się i nie czuję chora na raka.

Wracały do mnie różne wspomnienia – na przykład mój anestezjolog, którego poznałam wjeżdżając dopiero na salę operacyjną. Było straszne zamieszanie tam wtedy. Jeden neurochirurg został zatrzymany dłużej na poprzedniej operacji i nie wiedzieli co ze mną. Usypiać? Nie usypiać? Zaczęli ze sobą głośno dyskutować. A wtedy ten pan, o posturze i oczach Świętego Mikołaja, położył swoje obie dłonie na moim przedramieniu, takim stanowczym, zdecydowanym ruchem i powiedział „przestańcie, bo dziewczyna się będzie denerwować”. I wtedy ten facet ocalił mi życie. To było wszystko, co ktokolwiek mógł dla mnie zrobić w tamtym momencie. Nie chodzi już nawet o słowa. Chodzi o gest. Wryło mi się to chyba już na zawsze w głowę. Spotkałam go potem jeszcze raz na jednej z sal szpitalnych. Pamiętał mnie. Ja jego też. I nigdy go nie zapomnę.

Dziwne też było mijanie na korytarzu moich dwóch neurochirurgów. Nie potrafiłam im nawet spojrzeć w oczy. Czułam się, jakbym mijała jakieś bóstwo i nie była godna nawet kontaktu wzrokowego. A jeden miał niewiele ponad trzydzieści lat. To są prawdziwi artyści. Jak myślę o nich to napełnia mnie tak ogromny podziw, że nogi się pode mnę uginają. Pomijając już fakt, że nie sądziłam, że takie operacje przeprowadza się w Polsce. Tym bardziej z tak świetnymi rezultatami. Trafiłam najlepiej. Wiem o tym. Cały personel oddziału neurochirurgi nie mógł się nadziwić, że nie miałam żadnych efektów ubocznych – nawet tymczasowych. Że jednak nie opadał mi lewy kącik ust, tak jak prognozowali. Byli zadowoleni z tej operacji. Widziałam to.

moja historia – CZĘŚĆ IV

Kwiecień 2014. 
Tydzień po operacji przyjechała po mnie mama z siostrą i bratem. Długo czekaliśmy na wypis. Poszłam się przejść po szpitalu z rodzeństwem, kiedy mamę wezwał do gabinetu mój lekarz prowadzący. Wróciliśmy ze „spaceru” i czekaliśmy na mamę bardzo długo. Nie wiedzieliśmy gdzie jest i nie odbierała od nas telefonu… Wróciła bez słowa. Usiadła i milczała. Dopiero po dłuższej chwili powiedziała, że podczas badań przygotowujących mnie do operacji wykryli przerzuty w obu płucach. To są takie momenty, kiedy człowiek czuje, że wpada w taką ogromną, czarną, głęboką dziurę. Spadałam i spadałam. Coraz ciszej słyszałam to, co opowiada mama. Centymetrowe guzki w obu płucach. Opis mówił, że to prawdopodobnie meta, czyli przerzuty.

Oj, smak powrotu do domu nie był już taki jak to planowałam. Płakałam całą drogę do domu. Jakbym wyszła na jakiś wysoki szczyt, a potem okazało się, że przed prawdziwym szczytem dzieli mnie jeszcze ogromna i stroma przepaść. Nie miałam wtedy siły na nic. Miałam w głowie tylko czarne, najczarniejsze scenariusze… Było ciężko. Nawet oddychanie sprawiało trudność. Co dalej? Co ze mną będzie? Przez trzy dni po powrocie do domu miałam depresję. Nie umiałam planować, nie chciałam myśleć o przyszłości. Nie umiałam nawet zasnąć, albo wyłączyć te dziwne i dramatyczne projekcje z mojej głowy. Przyszłość nie istniała dla mnie wtedy. I tak było kilka dni, a potem z dnia na dzień po prostu wzięłam się w garść. Nie wiem skąd taka decyzja i siła, żeby ją podjąć. Nie pytajcie.

Podjęliśmy działania w kierunku diagnozy płuc. Wszyscy lekarze byli przerażeni. Nie wiem sama czym bardziej – czy tym, że młoda dziewczyna jest tak bardzo chora, czy tym, że młoda, tak bardzo chora dziewczyna, zachowuje się tak, jakby nic do niej nie docierało i czego nie rozumiała. Otóż docierało, nawet bardzo. Ale przecież jeszcze żyłam! Tak, żartowałam sobie, że padło mi na mózg… Dosłownie. Skierowanie na PET. Badanie. Czas między tym wszystkim nie jest istotny. To było trochę jak zawieszenie w próżni. Nie było nic przed, nie było nic po. Po prostu próżnia, ale psychicznie zaczęłam się podnosić i nawet coraz częściej zapominać, chociaż na moment, że jestem tak bardzo chora.

Odbiór wyników. Ok, przeczytałam o guzach w płucach. Wszystko elegancko zwymiarowane. Żeby było ciekawiej każdy w innym płacie… Czyli jeśli operacja to do usunięcia całe płuco. Co jeśli moje guzki zajmują oba płuca? Wytną wszystko? Zostawią mi jedną ósmą z tego co jest? I skoro na jednej operacji można zoperować tylko jedno płuco, to czy w takim razie czekają mnie jeszcze wie operacje? Kolejne dwie blizny przez cały brzuch? Opis badania PET jest naprawdę dziwny, w ogóle nie miałam pojęcia o co tam właściwie chodzi. Zadzwoniłam do mamy, opowiedziałam, że jest jakaś nadczynność w głowie (przez proces gojenia po operacji), macicy (ze względu na fazę cyklu) i kręgosłupie – pamiątka po intensywnych treningach na siłowni, jak sądziłam. I co zrobiłam po tym telefonie? Poszłam na rolki…


moja historia – CZĘŚĆ V


Maj 2014.
Pulmonolog odsunął sprawę z płucami na rzecz kręgosłupa.
Konsultacja u neurochirurga. Podobno najlepszy w kraju. I przyjmują mnie na oddział. Kolejna diagnostyka. Trzy badania z kontrastem w ciągu sześciu dni. Bleh, czułam się jak śmieć. Jednocześnie czułam, że w tym szpitalu, zaczynają mi coraz bardziej dokuczać plecy. Miałam problemy z normalnym podniesieniem się z łóżka. Proponowali nawet, żebym nie wychodziła schodami na czwarte piętro oddziału, tylko korzystała z windy. Tak, chcą grzebać w moim kręgosłupie i nie pozwalają mi chodzić, póki jeszcze mam taką okazję… W międzyczasie otrzymałam wynik badania wycinka z mózgu, który mówił, że guz, który usunięto to przerzut ALE UWAGA – nowego nowotworu, innego – adenocarcinomy. Czyli gorzej niż mięsak. Juhuu. Dowiedziałam się, że nie mam „odporności na nowotwory”. Rozumiecie? Miałam odporność na grypę i przeziębienie, ale brakło mi jej na choroby nowotworowe.

Zostałam wezwana „na dywanik” ordynatora. Neurochirurg oznajmił, że ma zamiar mnie operować. Nie owijał w bawełnę. Powiedział, że chce dostać się do kręgosłupa przez klatkę piersiową, z usunięciem dwóch żeber, które przylegają do trzeciego kręgu piersiowego i wymienić ten kręg na syntetyczny. Sprawa na rezonansie wygląda trochę mniej ciekawie niż na robionym wcześniej badaniu PET. MRI pokazywał, że trzon w objętym nowotworem kręgu, jest pęknięty. Chyba nawet pamiętam kiedy pękł. Styczeń 2014, kiedy wróciłam z biegania i czułam, jak okropnie kłuje mnie coś w klatce piersiowej. Myślałam, że to zawał. Potem twierdziłam, że to nerwoból ze stresu. Dopiero po czasie dowiedziałam się, że w tym odcinku, ból kręgosłupa promieniuje do żeber i klatki piersiowej.

Tą samą procedurą – operacją przez brzuch, chcą mi w kolejnej operacji usunąć kręg w odcinku lędźwiowym. Dobrze – blizna na nodze, blizna na głowie, dwie blizny po operacji płuc, którą najprawdopodobniej też muszę przejść, plus kolejna po operacji kręgosłupa przez klatkę piersiową i na deser jeszcze jedna – ta na samym dole brzucha. Czwarty kręg lędźwiowy jest dość nisko…

W ramach wiadomości pocieszającej, usłyszałam, że na trzysta operacji rocznie, które wykonuje mój neurochirurg, ŻADNA nie zakończyła się niepowodzeniem. Pocieszeniem było też to, że tych dwóch żeber i tak nie potrzebuję. Nie potrzebuję? I jeszcze jedno, że po operacji odcinka piersiowego nie będę musiała dochodzić do siebie w gorsecie, bo wszystko ładnie trzyma klatka piersiowa.

Konsultacje trwały jeszcze na temat tego, czy operację usunięcia kręgu piersiowego można połączyć z operacją płuca. Tak, to było bardzo ciekawe wyzwanie dla chirurgów. I bardzo, bardzo wymagająca operacja dla mnie, pacjenta. I dziękuję Bogu, za to, że musieli się na ten temat jeszcze konsultować.


moja historia – CZĘŚĆ VI (przełom)

Maj 2014. 
Wyszłam ze szpitala do domu na kilka dni. Nie pamiętam uczuć jakie mi wtedy towarzyszyły. Pamiętam tylko jedno pytanie, które ciągle wierciło mi dziurę w głowie – czy powinnam poddawać się tej operacji? Cały czas zastanawiałam się czy ludzie umierają na raka czy na leczenie na raka. Cały czas się nad tym zastanawiałam. Cięgle nie dawało mi to spokoju.

Mama w szpitalu zaopatrzyła mnie w bardzo wiele książek. Nie wiem czy robiła to z premedytacją. Wiedziała mniej więcej, co w nich jest, ale nie miała pojęcia, że znajdę tam odpowiedzi na wszystkie moje pytania. No może wtedy jeszcze nie na wszystkie. Ale nagle wszystko zaczęło mi się układać w całość.

W dniu, w którym wyszłam wtedy ze szpitala, usiadłam wieczorem obok mamy przy stole w kuchni. Rozmawiałyśmy chwilę. Wiem, że dużo rzeczy działo się wtedy w mojej głowie i ciężko mi sobie dzisiaj przypomnieć to wszystko. Pamiętam jednak coś najważniejszego. Jakiś ogromny przełom. Mama jadła kolację, a ja siedząc tam obok niej powiedziałam dokładnie tak: „czuję, że nie powinnam poddawać się tej operacji”. Nie, nie chciała mnie do niczego przekonywać. Powiedziała, że ta decyzja należy do mnie, ale widziałam radość w jej oczach, kiedy usłyszała moje wyznanie. Tak, wiedziałam, że ta decyzja należy do mnie, ale to, że się ucieszyła z mojego wyznania było dla mnie jak światełko w tunelu.

I co zrobić? Albo operacja się powiedzie, albo nie. Nawet jeśli się powiedzie to już nigdy nie będę mieć swojego kręgosłupa w jednym kawałku. Jak moje życie będzie wyglądać po? Czy będę się normalnie poruszać? Czy dochodzenie do siebie po operacji będzie bolesne? Czy kiedykolwiek będę mogła nosić na rękach własne dziecko? A co jeśli nie poddam się operacji? Jaką mam gwarancję, że coś innego okaże się skuteczne? Ile osób tak naprawdę wyleczyło się naturalnymi metodami? Ile mam czasu, żeby spróbować jakiejś z nich? Jak szybko mój nowotwór się rozwija? Kłóciło się we mnie wszystko. Zaufałam czemuś w środku. Intuicji? Podjęłam decyzję – rezygnuję z leczenia konwencjonalnego i nie kładę się na stół operacyjny.4


moja historia – CZĘŚĆ VII

Po wyjściu wtedy ze szpitala mój stan zaczął się pogarszać. Już na oddziale miałam problemy ze swobodnym wstaniu z łóżka. Podpieranie się na rękach sprawiało mi ogromny ból. Było gorzej. Czułam, że zaczyna być naprawdę nieciekawie…

Dzień po podjęciu decyzji, o tym, że nie poddaję się operacji, dostałam wyniki badań ze szpitala. Podczas przyjęcia do szpitala zrobili mi rezonans odcinka piersiowego, rezonans odcinka lędźwiowego i tomografię płuc. Trzy ciężkie badania z kontrastem praktycznie dzień po dniu. I faktycznie – stan kręgu piersiowego był fatalny, gorszy nawet niż pokazywał to wynik badania PET, który był robiony kilka tygodni wcześniej. Zmiana nowotworowa objęła cały kręg trzeci i do tego wykazało pęknięty trzon. Nowotwór zajął nawet kanał rdzeniowy. Nagle mnie olśniło! Ach, to stąd tej ból w klatce piersiowej, który towarzyszył mi już od stycznia! Ból z tego odcinka kręgosłupa promieniuje do żeber i często można go w ogóle nie połączyć z problemami kręgosłupa. Jak teraz zastanawiam się nad tym, jakim cudem kilka tygodni wcześniej podciągałam się w takim stanie na drążku to nie chce mi się wierzyć, że nie stało się nic poważnego…

Przeglądam dalsze badania i widzę wynik rezonansu odcinka lędźwiowego. Guz w czwartym kręgu, sytuacja nie tak tragiczna jak w przypadku kręgu w odcinku piersiowym, ale i tak, według neurochirurgów, nadawał się cały do wymiany na syntetyczny. To, że nie było z tym kręgiem wielkiego dramatu, jakoś całkiem pomijałam go w tym wszystkim. Zwłaszcza, że nie odczuwałam z jego strony jakichś wielkich dolegliwości. Trochę bolały mnie tam plecy, ale w porównaniu do tego, jaki dyskomfort sprawiał mi odcinek piersiowy, to było naprawdę nic.

I ostatni wynik, tomografia płuc – poprzednie badanie sprzed operacji w marcu mówiło o licznych guzkach w obu płucach, w obu płatach, więcej w płucu prawym. A ten wynik co mówił? W lewym płucu opisano jednego guzka, a w płucu prawym pięć zmian, w znacznej części z rozpadem – cytuję – „(chemioterapia?)”. Chemioterapia? Nigdy w życiu nie miałam chemioterapii…

Co to znaczy? Tak, to było światełko w tunelu. I wtedy pozwoliłam swojej intuicji rządzić swoim życiem. Pozwoliłam jej na to całkiem, otworzyłam się na wszystko, co miało mnie spotkać…


moja historia – CZĘŚĆ VIII

Koniec maja 2014. 
Tydzień po powrocie ze szpitala do domu zaczęło być źle, naprawdę źle. Nie dość, że po trzech badaniach z podaniem kontrastu, czułam się jak śmieć a moja skóra na twarzy i szyi wyglądała, jakbym była poparzona. Do tego jeszcze plecy bolały mnie do tego stopnia, że nie mogłam siedzieć, chodzić, leżeć, spać. Nie mogłam nic…. Wstawanie z łóżka zajmowało mi piętnaście minut. Tak samo kładzenie się do łóżka. Było fatalnie. Nie, nie było mowy o tabletkach przeciwbólowych. A wtedy w grę mogłaby wchodzić nawet morfina.

Przez tydzień, chodząc i siedząc, trzymałam się za bark. Było jeszcze gorzej. Nie mogłam unieść głowy z poduszki leżąc w łóżku, czy to na plecach czy na brzuchu. A wstawałam turlając się na brzeg łóżka i na głębokim wdechu szybko podnosiłam się do góry, angażując moje wszystkie – wtedy marne siły – do działania.

Zawzięłam się. Powiedziałam, że nie rezygnuję. Nie poddaję się. Nie biorę żadnych tabletek. Nie idę do szpitala. Po prostu to przetrwam.

Wtedy pomogły mi książki, w których wyczytałam o kryzysach ozdrowieńczych. Czy to był kryzys ozdrowieńczy? Już? Trzy tygodnie po jakichkolwiek zmianach w swoim życiu? Czy raka tak szybko się leczy? Co się dzieje? A może się pogarsza? Może pęknięty kręg rozpada się we mnie i przebije płuca, inne narządy? Może uszkodził się rdzeń kręgowy i przy jakimkolwiek ruchu zostanę sparaliżowana?

To był gówniany tydzień. Z dnia na dzień zaczęło się minimalnie poprawiać, ale wcale nie wyglądało wtedy, że z tego wyjdę. Szło mi coraz lepiej z moją techniką wstawania z łóżka. opracowałam dość ciekawy system. Najbardziej plecy bolały rano, po pozycji leżącej, dlatego starałam się cały czas chodzić. Chodzenie też bolało, dlatego stąpałam z nogi na nogę, żeby odwrócić swoją uwagę. Stąpałam trzymając się za lewy bark i głęboko oddychając, kiedy tylko nadchodził jakiś silniejszy ból. I przechodziło… Głębokie oddychanie działało lepiej niż tabletki na ból. Dosłownie działało.

Ciągle widziałam minimalną różnicę w moim stanie zdrowia. Uwierzyłam, że to kryzys ozdrowieńczy. Cieszę się, że trafiłam na informacje, które mnie o tym uprzedziły. Dzięki temu wytrwałam. Wytrwałam, bo miałam świadomość, że chwilami może wyglądać, jakby nadchodził koniec. Zwłaszcza, że kryzysu nie spodziewałam się tak szybko.

Poprawiało się nadal. Zaczęłam podchodzić do swojego przypadku pełna nadziei, wtedy tak naprawdę szczerze. Rozpadające się guzki w płucach, kryzys ozdrowieńczy, który mnie odwiedził – to wszystko działało bardzo kojąco i motywująco. Ale wiedziałam, że czeka mnie jeszcze bardzo długa droga. I nagle przestałam być tym przerażona… Dam sobie radę. Dam sobie radę…


moja historia – CZĘŚĆ IX

Koniec maja 2014. 
Przetrwałam tygodniowy kryzys ozdrowieńczy. Szczęśliwa, że najgorsze już za mną, zaczęłam pozwalać sobie na trochę więcej aktywności fizycznej. Trochę pracowałam w ogródku. Zaczęłam czasem nawet chodzić na minitreningi do garażowej siłowni. Czasem chodziłam na basen. Dźwigałam doniczki z trawą pszeniczną… I któregoś dnia podczas podnoszenia jednej doniczki poczułam ogromny ból w dole pleców. Zakręciło mi się w głowie. Małymi kroczkami weszłam do domu i usiadłam na sofie. Nikogo więcej nie było wtedy w domu. Usiadłam i po minucie postanowiłam pójść po telefon, żeby zadzwonić do mamy.

Wstałam. I przez całe moje ciało przeszedł przeszywający, paraliżujący prąd, widziałam tylko białe plamy przed oczami. Potworny ból, który całkowicie mnie zdezorientował. Aha, czwarty kręg lędźwiowy. Co teraz? Zanim doszłam do siebie i zaczęłam cokolwiek widzieć minęły chyba dwie minuty. Najdłuższe dwie minuty mojego życia.

Kiedy wreszcie się ocknęłam, podeptałam do telefonu i zadzwoniłam do mamy. Nie chciałam jej niepokoić, ale strasznie spanikowałam. Czekałam na nią jakiś czas, stojąc i trzymając się lady barowej w kuchni. Stałam tak nawet, kiedy ona już wróciła. Stałam tak trzy godziny. Bez ruchu. Bez drgnięcia nawet stopą, bo wtedy podrażniałam nerw i prowokowałam ból. Potem udało mi się usiąść, co zajęło pewnie jakieś dobre 10 minut. I kiedy już usiadłam, siedziała w nieruchomej pozycji kolejne trzy godziny. Koszmar. Stwierdziłam, że przecież tak nie zostanę… Musiałam zrobić coś. Oddychanie tym razem nie było aż tak skuteczne jak w poprzednim przypadku. Minęło już sześć godzin od mojego, NAPRAWDĘ bezczynnego egzystowania. Po prostu czekałam i sama nie wiem na co. Ok, zachciało mi się siku. Ogarnęła mnie ogromna determinacja i powiedziałam sobie, że dotrę do łazienki. Udało się. Chociaż ściąganie po milimetrze spodni i sikanie w pozycji „na Małysza” nie należało do najprzyjemniejszych. Kiedy udało mi się zrobić już kilka tych kroków to zaczęłam chodzić, a raczej dreptać. I dreptałam tak przez kolejne trzy godziny.

Ok, biorąc pod uwagę poprzedni atak bólu, byłam przygotowana na tydzień wycięty z życia i dochodzenie do siebie. W żółwim tempie udało mi się ułożyć w łóżku, z nogami pod kątem dziewięćdziesięciu stopni, opartymi na wieży z poduszek. Zasnęłam i bałam się wstawania z łóżka następnego dnia. czwarty kręg piersiowy trzymają mi jeszcze żebra, a tutaj? Jeśli coś pęknie to dosłownie złamię się na pół…

Poranek. Otworzyłam oczy, poleżałam chwilę, wzięłam głęboki oddech i ściągnęłam z siebie kołdrę jedną ręką. Przygotowywałam się mentalnie to wstawania z łóżka. Bardzo ostrożnie przesunęłam się do krawędzi łóżka i… i nie miałam pojęcia co robić dalej. Bezradność. Totalna bezradność i strach przed bólem. Był naprawdę koszmarny. Ok, wyłączyłam chyba wszystkie swoje zmysły i usiadłam na łóżku. Uf, chociaż tyle. Usiadłam i wcale nie było tak źle. Jeszcze tylko wstać… Nastrajałam się chwilę na to i planowałam kolejny ruch. Trzy, czte-ry, wstałam. Uf, naprawdę nie było źle. Pierwsze kroki i czuję, że naprawdę daję radę. Dawałam radę i wcale nie bolało tak jak poprzedniego dnia, ale oczywiście maksymalnie się oszczędzałam. Nie chciałam znowu tego poczuć więc każdy ruch wykonywałam w ogromnym skupieniu i wolnym tempie.

Na drugi dzień zaczęło wszystko wracać do normy. Ach, czyli drugi kryzys ozdrowieńczy? Tak przypuszczałam…

Kilkanaście dni później wróciłam do ogródka i podnosiłam na rękach pięciolatka. Tak, wiem – nie powinnam, ale to była taka euforia, że mogłam to zrobić. Niesamowite uczucie. Wprawdzie trochę to daleko do pięćdziesięciu kilogramowej sztangi, ale wtedy był dla mnie niesamowity sukces.

Przetrwałam. Kolejny kryzys i przetrwałam. Bez szpitala, bez tabletek przeciwbólowych i bez depresji. Cokolwiek by nie przyszło, wiedziałam, że nawet jeśli będzie wyglądało bardzo źle, wcale nie będzie złe…



moja dieta wspomagająca leczenie raka
Jednym z kluczowych czynników mających wpływ na nasze zdrowie jest nasza dieta. Po mojej przygodzie trzy lata temu z operacją nogi, zupełnie zignorowałam ten temat. Tym razem niedługo po zdiagnozowaniu guza mózgu, odrzuciłam wszelkie produkty zwierzęce, niedługo potem również białko roślinne.

Po przeczytaniu wielu książek z tej tematyki, wielu poszukiwaniach i eksperymentach, opracowałam coś w rodzaju własnego dziennego menu – jest to ZBIÓR różnych metod i terapii, dostosowany do mojego miejsca zamieszkania, dostępność poszczególnych produktów, samopoczucie jakie towarzyszyło mi jedząc poszczególne posiłki, trybu dnia oraz intuicji, która w takich chorobach staje się najistotniejsza.

Przede wszystkim w diecie wspomagającej leczenie nowotworów istotne są surowe produkty – warzywa i owoce, możliwe z wiarygodnego źródła, bez oprysków i pestycydów. Unikam spożywanie owoców i warzyw importowanych, tropikalnych, z tego względu, że często dojrzewają w skrzyniach, ciężarówkach i na statkach. Nie mają kontaktu ze słońcem, a ich skórki pokryte są toną substancji zabezpieczających. Skupiam się na lokalnych produktach od miejscowych sprzedawców oraz własnym ogródku z warzywami.

Soki czy całe warzywa i owoce? Jem całe owoce i warzywa oraz wyciskam z nich soki. Zdania są podzielone, które z tych wariantów są lepsze. Jedni uważają, że soki ze świeżych warzyw i owoców powodują zbyt gwałtowny wyrzut insuliny we krwi i co za tym idzie – huśtawki stężenia cukru we krwi. Według tych źródeł powinniśmy zjadać całe, świeże, surowe owoce. Z drugiej strony wiem, że wyciskane owoce i warzywa, które pozbawione są błonnika, zawierają 100% wartości odżywczych danego owocu. Łatwiej przyswoić wartości odżywcze z soku z 2 jabłek i 5 marchewek niż zjeść je w całości. Moim zdaniem i potrzebujemy błonnika z całych owoców i potrzebujemy szybkowchłanialnych wartości odżywczych z wyciśniętych na sok warzyw i owoców. Dlatego w mojej diecie można zaobserwować i całe owoce i warzywa, jak i soki z nich wyciśnięte.

Dlaczego wyciskarka a nie sokowirówka? W sokach istotne są enzymy, które przechodząc przez metalowe nożyki sokowirówki zostają uszkodzone. Natomiast używając wyciskarki, która pod wpływem dużego nacisku wyciska sok, unikamy uszkodzenia tych enzymów
menu
*woda z sokiem z cytryny i sodą oczyszczoną alkalizuje organizm (w organizmie o pH delikatnie zasadowym, komórki nowotworowe nie rozwijają się
*woda z microhydryną – jest to suplement diety, który ma za zadnie oczyszczanie komórki (ja stosuję taką)
*woda koralowa – woda o wysokim pH, która alkalizuje nasz organizm, który w przypadku nowotworów jest zakwaszony (Coral Mine)*woda krzemowa poprawia przepływ impulsów elektrycznym pomiędzy mózgiem i ciałem, to istotny pierwiastek życia (przepis: tu + więcej informacji na temat krzemu: tutaj)
*sok z trawy pszenicznej – więcej informacji tutaj – można zastosować również gotowe suplementy diety takie jak sproszkowany jęczmień firmy GREEN WAYS
*sok ze świeżych owoców i warzyw jako podstawa do oczyszczenia oraz odżywienia organizmu
*herbatka z kurkumy – przygotowujemy pastę z 50 gram kurkumy, 3-4 łyżeczek wody i 1/2 łyżeczki pieprzu cayenne, gotujemy, studzimy i następnie miksturę trzymamy w lodówce. Używamy ją w następujący sposób: 1/3 lub 1/2 łyżeczki pasty z kurkumy, zalewamy gorącą wodą, dodajemy trochę soku z cytryny, świeży imbir i płaską łyżeczkę miodu.
*herbatka Essiac – korzeń łopianu (120g), szczaw polny (80g), kora wiązu śliskiego (20g) i korzeń rzewienia (5g). Przepis: wszystkie zioła mieszamy ze sobą, następnie w proporcji 30g ziół na na 900ml wody, gotujemy przez 10 minut, studzimy, odcedzamy, wlewamy do szklanych butelek, czekamy aż całość ostygnie. Po otwarciu przechowujemy w lodówce. Dawkowanie: Od 1/8 do 1/4 szklanki zalewamy gorącą wodą. Wypijać 1-2 szklanki dziennie. Nie podgrzewać w mikrofalówce. Wypijać na pusty żołądek.
*świeże owoce – bogactwo enzymów, witamin i minerałów – najlepiej lokalne i jeśli to możliwe bez oprysku i pestycydów
*sałatka ze świeżych warzyw – jak najwięcej sałat i zielonych warzyw liściastych – podczas leczenia nowotworów chlorofil to podstawa, a sałatę można wyhodować nawet na własnym parapecie. ZIELONY to podstawa w walce z rakiem.
*zupa Hipokratesa – oczyszczająca i detoksykująca zupa, stosowana między innymi w terapii Gersona. Przepis znajdziemy tutaj.




To jest mniej więcej moje dzienne menu. Może nie chodzi tak bardzo o porę przyjmowanych posiłków i wypijanych szklanek wody, ale o ich ilość. Jeśli nie jestem głodna to nie zjadam ostatniego posiłku. Trzeba podążać za swoją intuicją. Czasem zamiast zupy wolę zjeść sałatkę albo dodatkową miskę jabłek, a czasem wolę nie jeść już nic. Słuchanie swojego organizmu to postawa. Moje menu to tylko przykład tego, jak ja sobie to wszystko zaplanowałam, na podstawie literatury, którą przewertowałam przez te kilka miesięcy.

Może komuś się przyda. Pozdrawiam :)

1 komentarz:

  1. Karolina zmarla w pazdzierniku 2015 r,taki wpis widnieje na fb..Spoczywaj w pokoju Kochana [*]

    OdpowiedzUsuń